niedziela, 5 lipca 2015

Dwa godne polecenia kosmetyki z serii Planet Spa z shea

Kosmetyki z Avonu lubię, dosyć często je zamawiam. Trafiam raz lepiej, raz gorzej, ale dzisiaj chcę Wam pokazać dwa z nich, które warto wypróbować. Pochodzą z serii Planet Spa, niby bardziej luksusowej, ale może o tym świadczyć bardziej cena, bo składy nadal nie należą do najlepszych - wszystko co dobre na szarym końcu.

Peeling do ciała z masłem shea i brązowym cukrem oraz maska do włosów z masłem shea, bo o nich mowa, z końcem czerwca zużyłam, a do tej pory jakoś nie było mi po drodze z ich recenzjami. Ciekawe, bo kosmetyki są całkiem fajne, zwłaszcza jeden z nich.

Peeling do ciała, to ten sam, który być może znacie z wcześniejszego, totalnie nieprzemyślanego opakowania - twardej buteleczki, z której trudno było cokolwiek wycisnąć zwłaszcza, że peeling jest gęsty, zbity. Miękka tuba jest zdecydowanie bardziej praktyczna i nie utrudnia używania.
Peeling nie należy do ostrych zdzieraków, ALE drobinek ma całe mnóstwo i dzięki nim daje uczucie masowania się piaskiem (a taki efekt od dłuższego czasu preferuję!). Genialnie wygładza, zmiękcza i nie wysusza skóry. Na mokrej skórze lekko się pieni, ale nie na taką "pianę pianę", a bardziej tworzy białą emulsję. Uwielbiam skórę po jego użyciu i zapach! Ciepły, otulający, lekko słodki, ale nie mdlący. Coś jak słodkie mleko, z toffi? Krówka? Też nie do końca.

Skład... No właśnie :D Peeling dumnie krzyczy o maśle shea i brązowym cukrze, a tymczasem:  
aqua, polyethylene, sodium c14-16 olefin sulfonate, grycerin, cocamidopropyl hydroxysultaine, triethanolamine, cocamide mipa, lauramide mea, parfum, acrylates/c10-30alkylacrylate crosspolymer, juglans regia (walnut) shell powder, glycol distearate, ppg-12-buteth-16, imidazolidinyl urea, methylparaben, tetrasodium edta, sucrose, butyrospermum parkii (shea) butter, phosphoric acid. <27665-03> 
Szary, szary koniec ... 

Albo przymknięcie oko usatysfakcjononowane działaniem, albo utrzecie Avonowi nosa i nie kupicie. Osobiście uważam, że warto dać mu szansę, chyba, ze zdecydowanie stawiacie na składy.

Odżywcza maska do włosów, również z shea, ale z innej linii niż peeling. Zapach tej linii nie jest już dla mnie przyjemny - mocny, przytłaczający, słodki, za słodki.
Maska robi to, co dobra maska powinna robić. Zmiękcza włosy, które stają się przyjemne w dotyku i lepiej wyglądają. Jak na moje potrzeby i upodobania mogłaby trochę bardziej dociążać i dodawać większego połysku włosom. Ale nie jest źle.
Konsystencję ma gęstą i łatwo ją nałożyć - nie ścieka z dłoni, ani z włosów.
A gdzie shea? Też gdzieś daleko jak w peelingu, dużo za olejem rycynowym:
aqua, cetearyl alcohol, cyclopentasiloxane, cetyl alcohol, quanternium-91, dimethicone, stearamidopropyl, dimethylamine, cetrimonium methosulfate, parfum, peg-40, hydrogenated castor oil, phenoxyethanol, benzophenone-3, phosphoric acid, creatine, methylparaben, castor isostearate succinate, dimethicone peg-8 meadowfoamate, disodium edta, butyrospermum parkii butter, aminomethyl propanol, hydrolyzed wheat protein pg-propyl silanetriol, ethylhexyl methoxycinnamate, alcohol denat., ci 15510, ci 47005, ci 17200, ci 42090.
O maseczce czytałam wiele zachwytów, dla mnie jest całkiem poprawna, ale raczej nie zdecyduję się na ponowny zakup (nie, "nie odkupię" - jakaś plaga na blogach i forach z tym "odkupię"/"nie odkupię"). A peeling? Druga tuba już czeka w zapasach :) Rzadko kupuję coś drugi raz, więc o czymś to musi świadczyć :)


Znacie te kosmetyki? Co o nich sądzicie?

sobota, 4 lipca 2015

Luxure - Entirety

Nie jestem maniaczką perfumową i nie mam wytrawnego nosa tolerującego jedynie drogie, niszowe perfumy, nie skreślam perfum za zbyt niską cenę, do odpowiedników też za bardzo nic nie mam i nie jestem do nich uprzedzona. Nie oznacza to jednak, że podoba mi się wszystko jak leci :D Nie lubię zapachów morskich/wodnych, cytrusowych ani przesadnie kwiatowych, czy stricte owocowych, a jeśli już coś w tym stylu mam u siebie, to musi być w nich coś, co mnie przekonało.
Swego czasu coś mnie ciągnęło do perfum Calvina Kleina Eternity - niby kwiaty, ale odnajdowałam w nich też coś dla siebie. Nie mając do końca przekonania ostatecznie nadal ich nie mam, ale kto wie, co będzie w przyszłości :D Mam natomiast ich tzw. odpowiednik - wodę perfumowaną Entirety firmy Luxure którą dostałam na spotkaniu blogerek.

Nuty łudząco podobne, choć zamienione kolejnością, a piżmo w Luxure pominięte:

Eternity:
nuta głowa:
frezja, szałwia, mandarynka
nuta serce: róża, narcyz, konwalia, lilia, jaśmin, nagietek lekarski
nuta podstawa: paczuli, ambra, drzewo sandałowe, piżmo
Entirety:
nuta głowy: mandarynka, szałwia, frezja
nuta serca: narcyz, konwalia, biała lilia, jaśmin, róża, nagietek
nuta spodu: drzewo sandałowe, paczula, ambra

No i te zmiany, niby subtelne, a jednak mają ogromny wpływ na końcowy efekt. Entirety są trochę duszące mimo, że wcale nie są to najmocniejsze perfumy jakie mam - może wydać się to dziwne, ale mocne perfumy nie zawsze duszą :). Gdy alkohol się ulotni, (na początku intensywnie go czuć) to z jednej strony coś mi się w zapachu podoba (pewnie skojarzenie z zapachem mydła :D), ale z drugiej aż mnie kręci w nosie, są tak intensywne. Cała kompozycja nie jest górnych lotów, lekkie zmiany wyczuwam tylko przez ok. 5 minut, później już niczym nie zaskakuje. Choć po niedługim czasie łagodnieją (nadal jednak kręcą i szczypią w nosie :p) i stają dosyć nijakie, płaskie, to są bardzo trwałe, zwłaszcza jak na tanie perfumy.Nie, nie polubiłam się z Entirety.

Co sądzicie o "odpowiednikach" drogich perfum?

Kąpielowe muffinki z Pszczelej Dolinki

Rym niezamierzony :D Takie trzy małe cudeńka zamówiłam ostatnio w Pszczelej Dolince. To ręcznie robione przez panią Joannę, smakowicie wyglądające i pięknie pachnące muffinki do kąpieli.
Zobaczcie na składy:
Muffinka różana: masło kakaowe, olejek z owoców dzikiej róży, olejek różany, suszone pączki róży. 
Muffinka ylang: masło kakaowe, masło shea, olej kokosowy, olejek ylang, suszone kwiaty.
Muffinka waniliowo-pomarańczowa: masło kakaowe, masło shea, olej ze słodkich migdałów, olejek waniliowy, olejek pomarańczowy, suszona pomarańcza, suszone kwiaty pomarańczy, płatki owsiane. 
Toż to sama natura, mająca na celu uprzyjemnić kąpiel.
Muffinka ma ok 35g, mi jedna wystarczyła na 3 kąpiele. Można zaszaleć i wrzucić do wody od razu całą, ale szkoda mi było pozbyć się jej na jeden raz. Dziewczyny, jak one pachną!! Wszelkie płyny i sole mogą się schować! Muffinka różana i waniliowo-pomarańczowa pachną bardzo mocno a ylang subtelnie, przez co to te pierwsze dwie bardziej przypadły mi do gustu.
Kostki długo rozpuszczają się wodzie i nadają jej tłustości. Kwiaty i owoce unoszą się na wodzie  - uroczo wyglądają. Można ich użyć także pod prysznicem, masując nimi ciało. Próbowałam, ale jednak taki sposób nie do końca mi podpasował (choć przyznam, że z takim przeznaczeniem je kupowałam). 

Cena muffinki to 14,00zł. Dużo? Mało? W tej cenie spokojnie kupimy litr płynu (a na upartego nawet i dwa), ale nie damy skórze i zmysłom tyle dobrego jak dzięki muffince. Poza tym, kto powiedział, że musimy jej użyć do każdej kąpieli? Niech będzie dla nas luksusowym rytuałem, gdy pragniemy stuprocentowego relaksu :D Ja ją tak traktuję.

Polubiłam te muffinki, marzy mi się większy wybór zapachów, np. bzowy, konwaliowy, migdałowy albo cynamonowy :D


Co sadzicie o takich umilaczach kąpieli?


piątek, 3 lipca 2015

Przegląd kosmetyków Essence cz. 2

Tym razem w przeglądzie kosmetyków Essence pokażę dwa, które należą do moich faworytów makijażowych. W poprzednim (KLIK) przeważyły te, które nie podbiły mego serca, więc będzie miła odmiana. Poczwórne cienie i szminka choć wydają się niepozorne potrafią zauroczyć.


Cienie Essence nie kojarzyły mi się zbyt dobrze. Miałam kilka (głównie z limitek) i przeważnie okazywały się słabo napigmentowane. Poczwórna paletka brązo-szarości Over the Taupe przyjemnie mnie zaskoczyła i mimo, że wolę mocny makijaż, często gości na moich powiekach. W zasadzie to dwa najciemniejsze kolory, choć jasny szarawy czasem też się przydaje :)
Cienie są satynowe, w najciemniejszym widać dodatkowe drobinki, ładnie i elegancko wyglądają na oczach, dla mocniejszego krycia konieczna jest baza. Najciemniejszy bardzo lubię na całej powiece, albo jaśniejszy i ciemniejsza kreska. Do tego mocno wytuszowane rzęsy i efekt super. Zaskoczyła mnie łatwość nakładania, bo nie są twarde jak kamień, a odpowiednio miękkie.
Trwałość mają standardową, lekko się rolują, ale tragedii nie ma.
To zdecydowanie jedna z częściej używanych przeze mnie paletek, którą stosuję w delikatniejszej wersji (bez bazy) lub mocniejszej (z bazą). Lubię takie niejednoznaczne kolory :D

Szminki zdecydowanie wyparły błyszczyki w moim makijażu. Od około 2 lat chętniej sięgam właśnie po szminki i nie sądzę, aby coś w najbliższym czasie się zmieniło w tej materii.
O szminkach Essence w czarnym opakowaniu co rusz czytałam coś dobrego, jednak sama nie potrafiłam się zdecydować na zakup. Ale na spotkaniu blogerek w Nowym Sączu trafiła w me ręce szminka o pięknym, soczystym kolorze no i podbiła me serce :D
Cotton Candy jest słodkim, soczystym, ale nie barbiowym różem (no, może trochę :p), nieco mocniejszym niż na zdjęciu poniżej. Nie jest idealnie kryjąca, lecz można nią uzyskać mocniejszy efekt nie wyglądając przy tym śmiesznie czy nieestetycznie. Jest miękka i kremowa, gładko sunie po ustach czyniąc aplikację bezproblemową. Ma delikatne drobinki, które na ustach dają lekko mokry i nie kiczowaty efekt. Na lato (choć nie tylko) idealna.
Szminka ma być długotrwała, jednak trwałością nie wybija się jakoś szczególnie wśród innych - raczej standardowo utrzymuje się na ustach. Wysuszenia na szczęście nie zauważyłam, ale specjalnego nawilżenia też nie. Lepsze jednak to niż negatywne działanie.

Żelowy lakier z Avonu Iceberg White

Długo wzbraniałam się przed powrotem białych lakierów do łask - kojarzyły (i w sumie dalej kojarzą) z czasami podstawówki i wczesnego liceum (jakieś 18 lat temu). Wtedy białym lakierem był dla mnie najpierw korektor (taaaa :D), a później pierwsze prawdziwe lakiery, najczęściej z drobinkami. Dwa lata temu, w lecie, postanowiłam jednak spróbować i ... białe paznokcie mi się podobają :D
Z białymi lakierami jest ten kłopot, że dużo z nich kiepsko kryje, albo daje kredowy/korektorowy efekt. Długo szukałam zanim znalazłam prawdziwą białą perełkę (choć bez drobinek ;)). Okazał się nią żelowy lakier z Avonu Iceberg White. Całą serię uważam za niezwykle udaną, zachwycają się nimi także moje koleżanki z pracy chwaląc trwałość i super krycie.
Kupiłam go jak tylko pokazał się w katalogu jako nowy odcień. Okazał się strzałem w dziesiątkę. Idealnie kryje, bez smug, prześwitów, widocznych pociągnięć pędzelka czy przebijającej końcówki paznokci. Ogromny plus, bo wiem, jak o to ciężko w białych lakierach. Na upartego wystarczyłaby jedna warstwa, ale druga zawsze jest kropką nad i i nigdy z niej nie rezygnuję. Łatwo się nakłada, nie ciągnie (miałam jeden taki biały i trudno się go nakładało).
Seria żelowych lakierów zachwyca mnie pięknym połyskiem, podobnie ten biały - dzięki połyskowi nie kojarzy się z korektorem. Na zdjęciach nie mam żadnego nabłyszczacza czy innego topa - to tak, żeby rozwiać wątpliwości ;)
Lakier szybko schnie i to kolejny zdecydowany atut. Trwałość ma o wiele lepszą niż standardowe lakiery (czy to z Avonu czy nie) - 5 dni w nienaruszonym stanie to minimum. Koleżanka z pracy zachwycała się innym kolorem, który ma z tej serii, że mimo "grzebania w ziemi" bez rękawiczek nic a nic się nie starł. U drugiej lakier przetrwał dwa dni generalnych porządków, w tym wymagających częstego moczenia rąk typu mycie okien, podłóg itp. To mówi samo za siebie :)
ALE!! Biały lakier pęka. Mimo nie zdartych końcówek widoczna jest siateczka pęknięć na warstwie lakieru (i to nie pierwszy biały lakier, który tak się zachowuje). Gdzieś przeczytałam, że nie ma co się tym przejmować, bo niektóre lakiery pękają wraz ze wzrostem paznokci. Niby tłumaczenie ma jakiś sens, ale z drugiej coś z nim jednak nie tak, skoro inne nie pękają. Tak czy siak lakier odbieram bardzo pozytywnie.


Lubicie białe lakiery? Macie faworyta?

Polecane posty

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...